Bóg pragnie naszej wolności. Jak szpital jest po to, żeby ludzi uzdrawiać, tak Kościół jest po to, żeby ludzi wyzwalać. Te tak kontrowersyjne dziś tezy autor uzasadnia właściwym sobie gawędziarskim, pełnym humoru językiem, odwołując się do wielu przykładów zaczerpniętych z Pisma Świętego, ale także z życia codziennego, historii oraz osobistego doświadczenia. Przekonuje, że Bóg nigdy nie zniewala nikogo.
Jezus nie biegnie za tymi, którzy od Niego odchodzą, uznając Jego naukę za zbyt trudną, ani za Judaszem, który idzie Go zdradzić. „To wygląda – czytamy – jakby Chrystus chciał powiedzieć: «Ludzie kochani! Jeśli wolność nas nie nauczy, to przymus nas nie wyzwoli»”. Dlatego dla Boga „priorytetem jest promowanie wartości, które są dla człowieka dobre, a nie mnożenie przepisów”. On wskazuje cel i prowadzące do Niego środki, ale nam pozostawia decyzję, jaki uczynimy z nich użytek. Autor wprowadza rozróżnienie pomiędzy ograniczeniami wynikającymi z czynników niezależnych – biologicznych, losowych – a zniewoleniami wynikającymi ze zderzenia naszej woli z przeszkodami, które odkrywamy w nas samych. Z tymi pierwszymi należy po prostu się pogodzić, gdyż wolność to także „zrozumienie konieczności”. Do tych drugich należą nie tylko klasyczne nałogi, można bowiem być zniewolonym także pragnieniem dobrej opinii, ideologią, drugim człowiekiem czy nawet jakąś formą religijności. Tu autor wymienia lekarstwa przywracające wolność, przede wszystkim duchowe, jak np. modlitwa czy spowiedź, w przekonaniu, że „jak lód topi się przy cieple, tak w bliskości Boga topnieje zniewolenie”. Zaznacza też, że chociaż każde zniewolenie wiąże się z cierpieniem, to – aby z niego wyjść – trzeba się zdecydować na pewien rodzaj cierpienia, będący swoistym detoksem. Ceną wolności jest krzyż, jednak ucieczka od niego „tak naprawdę nie spowoduje, że ten krzyż mnie ominie, a może nawet spowodować, że jeszcze urośnie”. W rozdziale „Zniewolenia współczesnego Kościoła” autor omawia m.in. zniewolenie liczbami i statystykami. Zwraca uwagę na to, że zamiast zniechęcać się niewielką liczbą wiernych czy powołań kapłańskich, należy po prostu jak najlepiej robić swoje, pozostawiając resztę Temu, który „po trzech latach działań zostawił mniej osób niż w niejednym kościele jest na niedzielnej Mszy Świętej”. „W życiu nie spotkałem takiej matki czy ojca, którzy by powiedzieli swoim dzieciom, że dla dwójki czy dla czwórki dzieci to im się nie opłaca gotować” – zauważa ze swadą autor. Przesłanie książki można by podsumować słowami: Nie idź na łatwiznę. Nie ustawiaj się w życiu na pozycji biorcy. Przekraczaj własne i cudze stereotypy. Przede wszystkim zaś módl się, ufaj Bogu, a zamiast biadolić i narzekać, zacznij Mu dziękować za to, co On ci daje, i w tym szukaj drogi do wolności. Prosta i oczywista mądrość, o której jednak zdarza nam się zapominać.
mm
PASTORES 109 (4) 2025

