Od dzieciństwa marzyłem o tym, by zostać misjonarzem – zafascynowała mnie opowieść pewnego jezuity usłyszana w latach sześćdziesiątych podczas misji parafialnych w Górze św. Jana. Najpierw poszedłem do seminarium diecezjalnego, ale kiedy po roku zorientowałem się, że z diecezji tarnowskiej nie można było wyjechać na misje, przeszedłem do salwatorianów. Przyjąłem sakrament święceń w 1978 roku w Obornikach Śląskich i tam pracowałem przez dwa lata.
Na misje wyjechałem w czerwcu 1980 roku do ówczesnego Zairu (dziś Demokratyczna Republika Konga). Z międzylądowaniem w Kinszasie po 10 godzinach lotu dotarłem do Lubumbashi, sto-licy prowincji Shaba (dziś Katanga). W okamgnieniu znalazłem się w sercu Afryki. W następnych dniach musiałem przejechać jeszcze 300 km, aby dotrzeć do siedziby drugiej co do wielkości diecezji, Kolwezi. Kilka dni później, po spotkaniu z miejscowym biskupem Floribertem Songasonga, udałem się do Kapangi, odległej o 700 km. Tam pracowali już salwatorianie z Belgii, z Holandii i jeden z Szwajcarii. Do tego pięcioosobowego grona dane mi było dołączyć.
Na początku dużą przeszkodą był dla mnie tropikalny klimat – wysoka temperatura i wysoka wilgotność. Przy 26º w pokoju nocą trudno było spać. Po jakimś czasie organizm jednak się przyzwyczaja. Miałem zaledwie 30 lat, więc tę barierę klimatyczną szybko pokonałem.
W naszej małej międzynarodowej wspólnocie salwatoriańskiej rozmawialiśmy i modliliśmy się po francusku; nie miałem z tym problemu, gdyż opanowałem ten język już wcześniej. Od początku zacząłem się uczyć miejscowego języka. Opanowanie języka lunda (jednego spośród tamtejszych 450 języków) – używanego w Angoli, Zambii i Zairze – zajęło mi dwa lata. Po pierwszych sześciu miesiącach chciałem wracać do Polski, bo byłem przekonany, że tego języka nigdy się nie nauczę. (...)
JAN SZPILKA SDS
[Wysłuchała, spisała i opracowała H. Świrska.]
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 109 (4) 2025.

