Podczas Niedzieli Misyjnej w mojej pierwszej parafii powiedziałem w homilii, że nie musimy wyjeżdżać na misje, aby być misjonarzami. Mówiłem to do moich parafian, ale też w jakimś sensie do siebie. Bóg lubi zaskakiwać... Kilka miesięcy później uczestniczyłem w rekolekcjach ignacjańskich. Podczas jednej z medytacji, wpatrując się w Chrystusa ukrzyżowanego, miałem zadać siebie następujące pytania: co uczyniłem dotychczas dla Jezusa, co czynię dla Jezusa teraz i co uczynię w przyszłości?
Dwa pierwsze pytania były dla mnie oczywiste, ale trzecie stało się poniekąd wyzwaniem... Kiedy skupiłem się na szukaniu odpowiedzi, doświadczyłem czegoś, czego nigdy przedtem i nigdy potem nie zaznałem: jasno poznałem, do czego Chrystus mnie zaprasza. Do wyjazdu na misje. Zrozumiałem wtedy wiele wydarzeń z przeszłości, przez które Bóg przygotowywał mnie do tego wyjazdu. Pozostało zobiektywizować to doświadczenie z kierownikiem duchowym i... w dalekiej przyszłości porozmawiać z biskupem. Miałem pokój w sercu i jednocześnie czułem się szczęśliwy, mając perspektywę wyjazdu na misje, ale kiedy wróciłem na parafię, temat ten wydał mi się odległy. Wszedłem w codzienne obowiązki. Jednak z upływem czasu, po kilku tygodniach od zakończenia rekolekcji, czułem coraz większe pragnienie rozmowy z biskupem i uczynienia konkretnych kroków związanych z tamtym doświadczeniem. Byłem zaskoczony tym, co dzieje się we mnie: coraz bardziej pragnąłem nie odkładać rozmowy z biskupem na dalsze tygodnie czy miesiące. Kiedy w końcu opowiedziałem mu o swoim pragnieniu, poprosił tylko o napisanie podania. Wszystko utwierdzało mnie w przekonaniu, że to Bóg jest sprawcą i motorem tego nagłego odwrócenia porządku w moim życiu. Po kilku miesiącach otrzymałem pozwolenie na wyjazd i po dziewięciomiesięcznym przygotowaniu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie udałem się do Ameryki Południowej.
Na terenie jednej z moich misyjnych parafii znajdowało się 20 kościołów. (...)
KS. PAWEŁ
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 109 (4) 2025.

