z PIOTREM KRAKOWIAKIEM SAC, krajowym duszpasterzem hospicjów i dyrektorem Fundacji Hospicyjnej, rozmawia ks. Wojciech Węckowski

Jak wyglądało pierwsze spotkanie Księdza z osobami chorymi?

Gdy ukończyłem seminarium, zauważyłem, że teoretyczna wiedza, jaką wyniosłem z książek teologicznych i zebrałem z doświadczeń towarzyszenia chorym w czasach kleryckich, okazała się niewystarczająca. Nie przystawała ona do tego, co mogłem jako duszpasterz zaproponować na przykład młodej kobiecie, mojej rówieśnicy, która umierała i była zbuntowana na Pana Boga i cały świat, w ogóle niepogodzona z tą sytuacją.

To była osoba chora na raka?

Tak, miała raka kości, który bardzo gwałtownie się ujawnił i był przez długi czas strasznie bolesny. Ona przypuszczała, bo pisała akurat pracę magisterską, że jest to ból związany z nadmiarem pracy, ze stresem, a, niestety, ten ból wiązał się już z przerzutami raka do kości. Bardzo szybko została unieruchomiona w łóżku, a każdy ruch stanowił dla niej męczarnię. Młoda, piękna i pobożna dziewczyna z grupy oazowej, wolontariuszka pomagająca w domu dziecka, która musi umierać i pyta mnie: "Dlaczego?". A ja, wyposażony w moją seminaryjną wiedzę, zacząłem ją najzwyczajniej w świecie pouczać. Powiedziała mi wtedy: "Co ty sobie, do cholery, myślisz?". W ten sposób wywołała zbawienne dla mnie łzy. Uświadomiłem sobie, że rzeczywiście nie mam żadnego prawa, żeby ją pouczać. Ona jest mistrzynią cierpienia, a ja powinienem nauczyć się słuchać, cierpliwie być z nią i może wtedy odbudować coś, co tak pochopnie tym pouczaniem, tym mentorstwem kaznodziejsko - katechetyczno-księżowskim zburzyłem. To taka pierwsza trudność nas, księży, żeby mieć cierpliwość i czas, żeby usiąść przy chorym i go posłuchać. Główną przestrzenią, gdzie słuchamy, jest konfesjonał. Przy łóżku cierpiącego musimy się zachowywać tak jak w konfesjonale: nie oceniać, nie krytykować, słuchać i pozwalać z tego zaufania zbudować pomost do mówienia o największym darze i o największym dramacie człowieka.

(...)

Pastores poleca