Piotr okazywał mi dużo ciepła, współczucia, wciągał w długie rozmowy. Szybko odkryłam przed nim swoje wnętrze. Był taki miły, otwarty, coraz więcej czasu poświęcał mnie zamiast reszcie grupy


Znaliśmy się od dawna, bo pochodzimy z tej samej parafii. Gdy Piotr wstąpił do seminarium, widywaliśmy się głównie podczas wakacji. Sporo czasu poświęcał wtedy grupie młodzieżowej, w którą i ja mocno wrosłam. Oddawałam jej mnóstwo sił i energii. Przede wszystkim chodziło mi o budowanie relacji z Bogiem, ale też szukałam aprobaty innych osób, pragnęłam być potrzebną, kochaną i lubianą.

Nie mam dobrych a może nawet jakichkolwiek wzorców z domu. Mama była ciągle za granicą, by zarobić na nasze utrzymanie. Tato był w domu, ale ze swoimi problemami i nałogami. Do tego dochodziły kompleksy, ponieważ koleżanki zawsze miały lepsze ubranie, lepsze kanapki, o mnie nie miał kto zadbać. Z każdej strony pragnęłam aprobaty, pochwał, które wyrwałyby mnie z myślenia, że jestem gorsza, słabsza, mniej zdolna, piękna i wspaniała. Byłam przy tym bardzo wrażliwa. Moja niska samoocena nie wpływała na mnie dobrze. Prawdziwym wsparciem był dla mnie młodszy brat, z którym trzymaliśmy się razem. To była przez większość mego życia jedyna naprawdę dobra, bezinteresowna relacja. Na ogół pozwalałam sobą manipulować, wykorzystywać moją naiwność i pragnienie akceptacji.

Piotr okazywał mi dużo ciepła, współczucia, wciągał w długie rozmowy. Szybko odkryłam przed nim swoje wnętrze. Był taki miły, otwarty, coraz więcej czasu poświęcał mnie zamiast reszcie grupy. Kiedy miał jakieś zadanie, rozbrajająco nieporadnie prosił mnie o pomoc, a ja czułam się taka ważna i potrzebna, wręcz niezbędna dla niego i całej naszej grupy. Czasem mnie przytulił, złapał za rękę, popatrzył głęboko w oczy, przesyłał uśmiech tylko do mnie. Nie budziło to mojego niepokoju. Czułam się przez niego lubiana, wręcz wyróżniona, ale nie myślałam o nim jako o mężczyźnie, tylko raczej opiekunie, przewodniku, który wysoko sobie ceni moje zaangażowanie, obecność, porady. W mej świadomości funkcjonował już jako przyszły prezbiter. Z czasem zaczęłam mieć wątpliwości co do jego intencji. Gdy czasami nie mogłam wykonać jego prośby lub nie zgadzałam się z jego zdaniem na jakiś temat, on wobec innych osób okazywał mi, że czuje się obrażony, wręcz zdradzony. Siadał wówczas przy kimś innym, patrzył na mnie z wyrzutem, odzywał się od niechcenia, bardzo urażonym głosem. Swoje uśmiechy kierował wtedy do innej dziewczyny, obrzucając mnie przy tym pogardliwym spojrzeniem. To mnie bardzo bolało. I on o tym wiedział. Gdy ze łzami w oczach podchodziłam po spotkaniu grupy do niego, przez chwilę jeszcze był obrażony, ale w końcu łaskawie pozwalał mi się pokajać i już pełen uśmiechu i zwykłej dla mnie serdeczności proponował spotkanie na przykład następnego dnia w parku, by na spokojnie porozmawiać. Huśtawka emocjonalna, jaką Piotr często mi fundował, zamiast mnie do niego zrazić, uzależniała mnie coraz bardziej od kontaktu z nim. Stał się dla mnie niczym jakiś guru. Gdy mnie potrzebował, czułam się niczym Kopciuszek na balu u księcia, a gdy odrzucał, jak zbity pies. Czas, gdy kończyły się wakacje i wracał do seminarium, przynosił mi pokój i wytchnienie, choć z drugiej strony tęskniłam za Piotrem.

Na wakacjach przed święceniami diakonatu wyznał mi, że jest we mnie zakochany i nie może beze mnie żyć. Twierdził też, że wie o moich uczuciach wobec niego, choć ja sama nie wiedziałam, co czuję i myślę. Piotr tłumaczył, że bardzo chce być księdzem, marzy, by wyjechać potem z Polski do Niemiec, Holandii lub innego zachodniego kraju i tam ułożyć sobie życie. Na jedno moje słowo jednak rzuci wszystko i wyjedziemy razem. W kółko to powtarzał. Wreszcie zasugerował, iż jeśli mi to nie przeszkadza, mogłabym dołączyć do niego, gdy jako prezbiter wyjedzie do pracy na Zachód. Miałam totalny mętlik w głowie. Czułam się z jednej strony nieszczęśliwa i poniżona, z drugiej kochana i wybrana jako ta jedyna i wyjątkowa. Przed poddaniem się jego zalotom zatrzymała mnie myśl, że przecież przed chwilą wyznał, iż pragnie być księdzem. To miałam być jego kochanką? Ukrywaną, żyjącą z piętnem grzechu, może wytykaną przez ludzi palcami, bez możliwości życia w normalnej rodzinie? Powiedziałam mu to bez ogródek, pełna żalu, że tak mnie traktuje. Obraził się, a ja – o zgrozo – zaczęłam go przepraszać! Płakałam i błagałam, by dał mi spokój, by podążał swoją drogą. Koniec rozmowy był taki jak zwykle, zwyciężył. Wymusił na mnie obietnicę, że jutro pójdziemy razem na spacer, a ja pozwolę mu potrzymać mnie chwilę za rękę. To miało mu pomóc zdecydować, czy rzuci seminarium. Z tego spaceru wracałam strasznie nieszczęśliwa. Piotr uzależniał mnie od siebie i swoich emocji, moimi się bawił i miał je za nic. Wstydziłam się o tym z kimkolwiek rozmawiać. Niemal codziennie słuchałam nagabywań Piotra, a nocami płakałam.

Po tych wakacjach wyjechałam na studia, które – tak się złożyło – były w tym samym mieście, gdzie seminarium Piotra. Czasem odwiedzał mnie w akademiku. Wychodziliśmy na rozmowę. Wciąż prosił, bym powiedziała, czy ma rzucić seminarium. Chce być księdzem, ale na moje słowo wszystko zostawi. Nie mogłam brać na siebie takiej odpowiedzialności. Itak naprawdę wiedziałam, że wcale go nie kocham, nawet nie jestem w nim zakochana. Na jakimś etapie naszej relacji byłam nim zafascynowana, podobało mi się jego zainteresowanie moją osobą, ale nigdy nie była to miłość. Czułam ogromną niemoc – nie byłam w stanie powiedzieć mu, że nic do niego nie czuję, skoro on dla mnie był gotów porzucić powołanie, mówił o wielkich uczuciach do mnie, a jednocześnie wciąż mnie szantażował i targał moimi emocjami. Koleżanka, z którą odważyłam się bez ogródek porozmawiać o tej sytuacji, nazwała tę relację uzależnieniem. Mądry spowiednik także podpowiedział, że powinnam spokojnie, z perspektywy dziecka Bożego, stojąc duchowo w obecności oblicza kochającego mnie Ojca w niebie, spojrzeć na siebie i na Piotra. Gdy tak uczyniłam, zapragnęłam szczerej modlitwy za niego, niespętanej jego słowami i wizjami życia z nim lub bez niego, dyktowanej troską o brata w wierze a nie emocjonalną manipulacją. Unikałam spotkania z Piotrem jak ognia. Wciąż nie byłam gotowa na rozmowę. Choć znałam jego sztuczki, byłam świadoma własnej słabości. Prosiłam wspólnotę Odnowy, by modliła się nade mną. Przy kolejnym spotkaniu powiedziałam Piotrowi, że nie w moich rękach są decyzje o jego życiu i że powinien porozmawiać o swoich motywacjach i rozterkach z ojcem duchownym. Ja ze swej strony mogę się tylko za niego modlić i mu wybaczyć. Poprosiłam też, by mi wybaczył. Dla nas obojga lepiej będzie, żebyśmy się nie spotykali i nie rozmawiali. Piotr próbował swoich różnych wybiegów, ale ja stwierdziłam, że już wszystko mu powiedziałam, i po prostu wyszłam.

Od tamtych wydarzeń minęła dekada. To wszystko zostało już za mną. Wiem, że Piotr został księdzem i wyjechał do pracy za granicę. Spełniły się zatem w jakiejś mierze jego marzenia. Ja dwa lata temu wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka, bardzo dojrzałego, w którym mam też przyjaciela i towarzysza na drodze wiary. Wie o mojej relacji z Piotrem.

Niedawno, podczas wizyty w mym rodzinnym mieście, przypadkiem spotkaliśmy Piotra. Zaprosił nas do kawiarni. Rozmawiał z wielkimi emocjami o tym, jak bardzo jest szczęśliwy. Jednak gdy mąż na chwilę opuścił nasz stolik, Piotr wykorzystał to, by powiedzieć, że nigdy nie zaakceptuje mego małżeństwa i mego męża. Ma też nadzieję na znaczne ocieplenie naszej zaniedbanej relacji. Popatrzyłam na niego zszokowana – jak ksiądz może mówić takie rzeczy. Powiedziałam potem mężowi o tym wyznaniu Piotra. Postanowiliśmy z mężem, że nie będziemy utrzymywać z nim kontaktu. Szkoda mi, że żyje w takim ogromnym zakłamaniu, sam siebie oszukuje, prowadząc podwójne życie.

Dziś mogę powiedzieć, że brak miłości, akceptacji i uwagi w domu rodzinnym skutkują czasem nawiązaniem relacji, które są niewłaściwe. Tak pragnie się uwagi i miłości, że nie jest ważne, kto nam tę uwagę daje. Dziękuję Bogu, że mnie uwolnił od chorej relacji z Piotrem. Dziękuję, że obdarzył mnie piękną relacją z mężem. Dziękuję za wszystkich ludzi, których postawił na mojej drodze, a którzy uczyli mnie budowania zdrowych relacji. Niedawno z mężem byliśmy na pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Piękny czas trudu błogosławionego modlitwą i wspólnotą, za który dziękujemy Bogu. Spotkaliśmy tak wielu ludzi szczęśliwych, zakochanych w Chrystusie, dających świadectwo swej wiary, prawdziwych i wolnych w dawaniu siebie innym.

RENA

W: Pastores 2(75)2017


Pastores poleca